78 UCZENNICA - Lekcja 6




Iskierka, która we mnie zapłonęła tego dnia kiedy pomagałam na stołówce, kiedy fatalny dzień zamienił się w najlepszy, zgasła po paru dniach. Nie bardzo rozumiałam, jak moje chęci mogą tak po prostu słabnąć z czasem. Pamiętałam swój entuzjazm, ten power do działania, ale kiedy nadszedł weekend, nie mogłam go w sobie znaleźć. Cały sobotni poranek użalałam się nad sobą. Poprzedniego dnia oglądałam kolejne wypowiedzi ludzi, którzy mieli coś do powiedzenia. Wiele z nich, pomimo pozornie różnych tematów, mówiło o samoakceptacji. Ale ja nie mogłam tego zrobić. Patrzałam na siebie w lustrze, i nie wiedziałam jak mam zaakceptować tego potwora, który na mnie patrzy. Makijaż może i ukryje niedoskonałości twarzy, ale co z resztą?


Czułam się jakby ze mnie uszło powietrze. Kiedy zmusiłam się, żeby pójść po zakupy było już południe. Miałam wrażenie, że wszyscy mnie widzą. Mnie i moje mankamenty, moje niedoskonałości. Czułam się odrażająca. Wiedziałam jak wyglądam, wiedziałam, że odstaje. Widziałam tysiące metamorfoz, ale żadna nie wydawała mi się możliwa. Każda była nie do zrealizowania dla mnie.


Szafarskiej nie było od poniedziałku w biurze.  Monika była miła i koleżeńska, ale zaczynał się gorący okres w biurze, wszyscy wracali z wakacji i brali się do interesów, więc nikt nie zwracał na mnie uwagi.


W środę, całemu zespołowi, który raczej średnio znałam gdyż zazwyczaj byli zamknięci w salach konferencyjnych na piętrze, udało się zdobyć nowego klienta. Wielka szycha, na którą polowali już od dawna. Na środę zaplanowano opijanie. Wszyscy byli podekscytowani, uśmiechnięci, a mnie chciało się płakać. Wiedziałam, że coś ze mną jest nie tak. Miałam przecież ogromne szczęście, że tu jestem, ale nie potrafiłam tego docenić. I to jeszcze bardziej napędzało moją dolinę i zły nastrój.


Kiedy w środowe popołudnie zbierałam się do wyjścia, Monika zaczepiła mnie w holu głównym.


-A ty gdzie? Nie idziesz z nami?

-Nie, raczej nie - nie miałam tyle sił, by trzymać się w garści przez kolejne parę godzin. Marzyłam o tym, by się rozsypać we własnym domu.

-Jesteś częścią zespołu, musisz iść - nie dawała za wygraną.

-Monika, naprawdę, dzięki, ale to nie moje klimaty.

-Jakie klimaty? Piwo w knajpie? To każdego klimaty! Idziesz i koniec - powiedziała zdecydowanie, i ja z jednej strony się cieszyłam, że nie odpuściła, że chciała tak szczerze, żebym poszła. Ale z drugiej cholernie się bałam. Moje umiejętności towarzyskie nawet nie były kiepskie. One nie istniały.

-Ale ja nie mam się w co przebrać - próbowałam mimo wszystko się wywinąć, żeby móc wrócić do użalania się nad sobą.

-Nie wymyślaj. Ściągnij sweter, rozpuść włosy, i będzie ok. 

-Ale...

-Nie ma ale!


Umalowała mnie i ściągnęła mój sweter bezpieczeństwa. Nazywałam go tak, bo czułam się w nim pewniej. Wmawiałam sobie, że zakrywa wszystko to, co nie chcę by inni widzieli. Całą grupą poszliśmy do knajpy niecały kilometr od biura. Wszyscy się śmiali, rozmawiali a ja szłam, ja owca za pasterzem. A może świnia za rzeźnikiem? Wcale nie czułam się częścią tego zespołu. Wręcz przeciwnie. Wiedziałam, że odstaje pośród tych idealnych, inteligentnych ludzi, który mają dość odwagi by naprawdę żyć.


Zazdrościłam im. Ale wiedziałam, że nigdy nie będę jedną z nich.


Na miejscu czekały już nakryte stoły. Uginały się pod ciężarem jedzenia i różnych trunków. Usiedliśmy podekscytowani, bo nawet ja na chwilę zapomniałam o swojej chronicznej depresji i zachwyciłam się daniami, wystrojem, kolorystyką jedzenia. Słuchałam jak inni rozmawiają. Odpowiadałam na pytania, jak mi je zadawano i patrzyłam. Bałam się cokolwiek zjeść. Bo przecież powiedzą, że dość dobrze już wyglądam, nie muszę się już dokarmiać. Kiedy kelnerzy przynieśli drugą rundę napojów i drinków, do pomieszczenia weszła szefowa z szerokim uśmiechem na twarzy i błyskiem w oku. Kiedy stanęła przy stole, wszyscy umilkli. Nie tylko ja patrzałam na nią z zachwytem. Bo to nie była tylko szefowa. To była prawdziwa przywódczyni a jej zespół ją szanował i wierzył w to co robiła, w jej misję.


-Słuchajcie. Odkąd założyłam tę firmę miałam jeden cel. Pomagać firmom, przedsiębiorcom, którzy mają wizję ale nie mają smykałki do interesów. Udało nam się wspólnie podnieść z podłogi wielkich pasjonatów, marzycieli, którzy dziś są biznesmenami na klasę międzynarodową. Odnieśliśmy sukces. Wy. Nasi kontrahenci. Ja. Zrobiliśmy to razem. Uwierzyliśmy we wspólny cel i wspólnie go realizujemy. Dziękuje wam z całego serca. Za wasze zaangażowanie i okazane zaufanie. Dziękuje. 


Po sekundzie, czy dwóch całkowitej ciszy, wszyscy wstali i zaczęli klaskać. Po niejednym policzku spłynęła łza. To był bardzo emocjonujący moment. Dla mnie też. Ale przez to tym bardziej czułam, że odstaje. Wymknęłam się do toalety i kombinowałam jak się wyrwać, kiedy wpadłam na Szafrańską.

- Letycja, co jest?

- Mogę zostać sama? Nie chce się znowu przy Pani rozkleić?

- Nie czujesz się dość dobra by siedzieć z nami przy jednym stole? Bo uważasz, że jesteśmy od ciebie lepsi?


Nie mogłam słowa z siebie wydusić. Patrzałam na nią z rozdziawioną gębą i czułam jak po policzku spływa mi łza.


-Letycjo, posłuchaj. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Wszyscy mamy te same obawy, boimy się podobnych rzeczy. Wszyscy czasem cierpimy. Upadamy, ranimy siebie i innych. Niczym się od ciebie nie różnimy. Zrozum to. Wiem, że czujesz się jakbyś tu nie pasowała. Bo nie ten wygląd, nie to ubranie, nie ta fryzura, nie ten rozum. Wiem to, dokładnie pamiętam to uczucie. Ale jesteś tak samo wartościowa jak my czy ktokolwiek inny. I musisz przestać powtarzać sobie to co inni powtarzali ci całe życie. Jesteś dość dobra teraz, taka jaka jesteś. Ale musisz w to uwierzyć. Wiem, że to nie jest łatwe. Ale jeśli będziesz robić krok za krokiem, to kiedyś dojdziesz do celu. 


Jej słowa jak zwykle trafiły do celu. Ona zawsze wiedziała co i jak powiedzieć by dotarło w najciemniejsze części mojej duszy. 


Przytuliła mnie mocno, a ja wdychając jej zapach poczułam się jak w domu. 


Wróciłyśmy na miejsce. Zjadłam porcję kurczaka po wietnamsku i trochę owoców wyciętych w fikuśne kształty. Zaczęłam się uśmiechać, najpierw na siłę, a potem już jakby sama z siebie. Zaczęłam słuchać co mówią ludzie wokół mnie. I okazało się, że nie byli idealni a ich życia były pełne porażek i dylematów. 


Kamila zostawiła dziewczyna. Nagle. Jak piorun z jasnego nieba. Powiedziała mu, że jest za miękki i zbyt mało ambitny. Spodziewała się po nim czegoś więcej. I on się zastanawiał, czy to z nim jest coś nie tak, czy z nią. Kochał ją, ale zapomniał czemu. Ale jej słowa bolały. Bo słyszał je już w dzieciństwie. Od ojca. I śniły mu się po nocach. 


Katarzyna, liderka zespołu, piękna, zgrabna, z długimi blond włosami tyle co rozstała się z mężem po tym jak dziesięć lat powtarzał jej, że jest do niczego. Wydawało jej się, że sama sobie nie poradzi, że jest za słaba. Myślała, że chłop, który ją bije i poniża to jedyne na co zasługuje. Ale wtedy poznała Szafrańską, zaczęły razem pracować i już jest po rozwodzie. Ciężko jej znów komuś zaufać, ale próbuje.


Oliwia od czterech lat próbuje zajść w ciąże. Tupot małych nóżek to było jej marzenie już z dzieciństwa. Duży dom z dziećmi i księciem z bajki. 


Każdy z nich miał swoje wady. Teraz to widziałam. Krzywy zgryz. Cienkie włosy. Za chudy, za wysoka. Mierząc ich standardami, które niby obowiązują, zostali by zdyskwalifikowani za mnogość niedoskonałości. A dla mnie były przecież idealni, jeszcze chwilę temu. A teraz są bardziej ludzcy i o dziwo, bardziej atrakcyjni.


Po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać jak widzą mnie inni. Czy mają mnie za paskudnego nieudacznika, jak ja sama, czy może jakimś cudem mają o mnie inne zdanie? Od czego zaczęło się moje niskie poczucie własnej wartości? Czy kiedyś czułam się wyjątkowa? Przecież miałam kochających rodziców, na pewno powtarzali mi, to co dobrzy rodzice powtarzają swoim dzieciom. Wiec kiedy to wszystko się zaczęło? Kiedy po raz pierwszy w szkole usłyszałam, że jestem gruba, mimo, że nie miałam wtedy nadwagi? Czy może jak po raz setny usłyszałam, że jestem głupia? Kiedy pierwszy chłopak, w którym się zadurzyłam na szkolnej dyskotece wyśmiał mnie, kiedy poprosiłam go do tańca? Wiem, że w którymś momencie słowa innych stały się moimi myślami. Uwierzyłam, w to co mi tak często powtarzali. Uwierzyłam i pielęgnowałam w sobie. 


Kiedy wieczorem leżałam w łożku, wspominałam jak to było. Kiedyś. W podstawówce. Nienawidziłam szkoły. Miałam kolegów i koleżanki, ale nigdy przyjaciół. Nie takich na dobre i złe. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś mnie bronił, żeby się za mną wstawił. Wydawało mi się, że im częściej słyszałam, że jestem głupia tym bardziej głupia się czułam. Nauka wchodziła mi jeszcze gorzej, i jeszcze gorzej czytałam, o ile to było możliwe. 


Niedługo skończę dwudziestkę. I nie chce już być tą dziewczyną, która czuje się najgorsza. Ale nie mam jeszcze pomysłu jak znajdę w sobie dość siły by to zmienić. Jednak w sercu czułam radość. Małą, malutką iskierkę radości. I wdzięczność, za to, że ktoś dał mi szansę. Teraz ja musiałam zrobić to samo. Musiałam dać sobie szansę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz