74 Kocham to co robię - Agnieszka Walorczyk



Aga to kobieta, której pasja jest mi bliska. Jej pasja to życie. Jej wygląd to zmyłka. Na pozór delikatna, piękna, zadbana kobietka a w środku prawdziwa lwica, która jest dumna ze swoich odcisków na rękach od sztangi. Kobieta, która nie boi się cierpienia, która stawia mu czoło. Kobieta, która robi wszystko by być przykładem dla swoich dzieci i która, jakimś cudem, godzi wszystko i łączy pasję z rodziną. Jej historia jest naprawdę dawką porządnej motywacji. Poczytaj, przekonaj się sama. To twój wybór - chcesz być lwicą, czy szara myszką.....  


Właśnie robię coś, czego jeszcze kilka lat temu na pewno bym
się po sobie nie spodziewała. Piszę o sobie i pozwalam czytać o tym całemu światu. Wystawiam się na ostrzał wielu zazdrosnych „znajomych”, których moja duma i „chwalenie się” może razić w oczy. 

Wewnętrznie czuję, że przyjdzie moment w którym pożałuję tego aktu odwagi. A mimo to chcę to zrobić. Dlaczego? 

Po pierwsze dlatego, że bardzo podoba mi się idea projektu „Kocham to, co robię” i liczę, że wśród wszystkich czytelniczek „W matni kobiecości” znajdzie się przynajmniej jedna cudowna, piękna, wartościowa kobieta, która jest w punkcie w jakim ja byłam kilka lat temu, a dzięki mojej historii dostanie mały bodziec do działania i zacznie żyć dla siebie. 

Po drugie, nieskromnie lubię swój świat i uważam, że jest się
czym chwalić. Jestem z siebie dumna. Po trzecie jestem niejako w punkcie zwrotnym w swoim życiu, a uzewnętrznianie i analizowanie go daje mi dodatkowe pokłady energii i wiary, że warto to robić.

Co jest moją pasją? Mogłabym odpowiedzieć w dwóch słowach - moje życie. Każda jego składowa. Uwielbiam wszystkie role jakie pełnię i każdej z nich poświęcam siebie. Ale też wiem, że gdybym zrezygnowała choć z jednej z tych części, to nie była bym już w pełni szczęśliwa. Dzieci, dom, praca, gotowanie, sport, to mieszanka, która sprawia, że moje życie jest moją pasją.

Na co dzień jestem zwyczajną-niezwyczajną kurą domową. Stereotypową „matką, żoną i kochanką”. Sprzątam, piorę, gotuję, zarabiam, wychowuję. Ale to dla mnie wciąż za mało…
Jestem mamą najcudowniejszej dwójki na świecie – 9cio letnia Julianna i 6-cio letni Tymon, to moje motory napędowe, wszystko co robię, robię przez nich i dla nich. 
Uwielbiam jak naturalnie i aktywnie włączają się w mój styl życia, jak się z niego uczą i czerpią to co najpiękniejsze. 

Kocham jeść! To moja kolejna pasja. Lubię wiedzieć, co jem, dlatego w odżywianie (nie mylić z żywieniem) wkładam bardzo dużo energii. Świadomie wybieram produkty, z których gotuję, unikam składników, które szkodzą mi i mojej rodzinie. Interesuję się dietetyką, jeżdżę na szkolenia, czytam, testuję zdobytą wiedzę. Ale nie mam bzika na punkcie „super zdrowego jedzenia”. Moja rodzina na
co dzień znajduje w śniadaniówce zbilansowane śniadanie bogate we wszystkie potrzebne makro i mikroskładniki, nie dlatego, że sobie tak wymyśliłam, ale dlatego że ją kocham i chcę, żeby była tak zdrowa i pełne energii jak tylko się da. 

Nie oznacza to jednak, że nie znamy smaku żelek Haribo, czekolady, lodów z McDonalda czy pizzy.

Jestem nauczycielką przedszkola. Kocham to! Nie wyobrażam sobie, żebym mogła z tego zrezygnować. Od zawsze wiedziałam, że to będzie moja praca. Często się śmieję, że normalnie ludzie w moim wieku chodzą do pracy, ja mam to szczęście, że nadal chodzę do przedszkola. 

Wstaję rano i idę się bawić z ponad dwudziestką małych słoneczek. Każdy dzień jest inny, każdy daje mi nowy zastrzyk energii. Uwielbiam patrzeć jak biorą wszystko co im daję, uczą się ode mnie, biorą przykład. To też wielkie wyzwanie i odpowiedzialność. Po za wiedzą zawartą w podstawie wychowania przedszkolnego, staram się też przekazać im wzorce i wartości, które sama wyznaję. 
Uczę moje „służbowe dzieci” jak żyć zdrowo, sprawnie i szczęśliwie. Prowadzę dodatkowe zajęcia sportowe i pokazuję jak fantastyczne jest aktywne życie natchnione pasjom.

Spędzam w pracy 6 godzin dziennie. Po za placówką pracuję dalej. Planuję zajęcia, wyszukuję atrakcje dla moich szkrabów, przeglądam Internet w poszukiwaniu prac plastycznych, piosenek, inspiracji, które mogę wykorzystać w przedszkolu. Ale to nie jest praca. To część mojego życia. Mam dwójkę prywatnych rodzonych dzieci i ok. dwudziestu „służbowych”. To moje życie.

W domu robię wszystko to co inne kobiety. Nie mam sprzątaczki, opiekunki do dzieci, magicznego zegarka rozciągającego dobę. I gdy już zaspokoję potrzeby wszystkich moich ludzi, gdy uporam się z codziennymi obowiązkami, zaczyna się czas dla mnie.

Co wtedy robię? Fajnie jest usiąść na kanapie i nie robić nic. Fajnie jest zrobić sobie domowe Spa. Fajnie jest poczytać. Fajnie jest pooglądać serial albo komedię romantyczną. Fajnie. I robię to wszystko. Ale to dla mnie mało… 
To nie daje mi satysfakcji na dłużej. I wtedy zakładam legginsy, sportowy top, który niestety nie ma funkcji push-up, koszulkę, sportowe buty i jadę do mojej odskoczni – do boxu crossfitowego… I w tym momencie jestem w pełni sobą. Realizuję się, jestem szczęśliwa, czuję, że żyję.

Sport pojawił się w moim życiu w momencie, gdy życie kury domowej zaczęło mnie przytłaczać. Potrzebowałam odskoczni, a dostałam dużo, dużo więcej. Od początku…

3 lata temu mojego męża wysłano na półroczną delegację. Nagle pierwszy raz w życiu zostałam sama. Sama z domem, rachunkami i dwójką dzieci. Oczywiście mąż pomagał na odległość jak tylko mógł.

Ale ja musiałam się szybko nauczyć wielu rzeczy, których wcześniej nie robiłam, musiałam stać się niezależna, choć wtedy wcale o tym nie marzyłam. Życie postanowiło mi utrudnić tą lekcję jak tylko się da, była zima, w pracy zostałam sama na grupie, a moje prywatne dzieci akurat wtedy miały załamanie odporności i chorowały przez kilka miesięcy niemal bez przerwy. W pracy byłam cały czas sam na sam z dziećmi. Wracałam do domu i też moimi towarzyszami były tylko dzieci, mama i teściowa pomagały pod moją nieobecność, ale gdy wracałam same chciały odpocząć i zwyczajnie uciekały do siebie. O kontaktach towarzyskich mogłam pomarzyć, bo kto przyjdzie w odwiedziny do domu, w którym od kilku miesięcy na zmianę panuje grypa, jelitówka i bostonka? 

Sama też nie miałam jak wyjść. I tak przez kilka tygodni, nie miałam żadnego kontaktu z dorosłymi ludźmi. Nie miałam dorosłego życia. Nie miałam nic dla siebie. Zadzwoniłam do mamy i rozpłakałam się. Błagałam, aby została z Julką i Tymkiem chociaż na dwie godziny w tygodniu. A ja? Ja postanowiłam iść gdzieś, gdzie będą tylko dorośli ludzie i gdzie będę mogła się wyładować. Najpierw pojawił się w moim życiu pole dance zaraz potem Crossfit. To nie była miłość od pierwszego treningu. Poszłam tam na otwarcie (to klub mojego kolegi – tylko dlatego). Zobaczyłam te surowe wnętrze, pełne sztang, ciężarów, drążków, lin… Nic co kojarzy się z kobiecością. I chciałam uciec. W trakcie pierwszego treningu myślałam tylko o tym jak stamtąd uciec. Po treningu byłam pewna, że to nie dla mnie. Następnego dnia obudziłam się obolała, jak nigdy dotąd. Byłam pewna, że coś mi się stało, coś poszło nie tak, coś mi się naderwało i umieram. Na bank! Napisałam wiadomość, do kolegi trenera, co robić, smarować jakąś maścią czy od razu jechać na
SOR? A on! Bezczelny! Napisał, że mam przestać narzekać i przyjechać na trening rozgrzać te zakwasy. No nienormalny! Ale posłuchałam…. Nie przestało boleć. Poszłam znowu. Po kilku dniach było lepiej. A ów kolega powiedział „za miesiąc jak zobaczysz się w lustrze to mi podziękujesz”. 
Miał rację. Dzisiaj nie wyobrażam, sobie żebym mogła sobie to odebrać. To jak dzięki treningom wygląda moje ciało, to tylko jeden mały powód żeby iść tam codziennie.
Treningi to przede wszystkim robienie czegoś tylko i wyłącznie dla siebie, pokonywanie siebie, swoich słabości. Codzienne udowadnianie, że mogę więcej, bardziej, mocniej. Każdy dodatkowy kilogram na sztandze daje mi satysfakcję. Każdy trening daje poczucie, że jestem lepszą wersją siebie. 

Nie jestem zawodniczką i nigdy nie będę. Nie jestem najlepsza w tym co robię i nie zamierzam być. Nie kręci mnie rywalizacja. Robię to, bo dzięki temu czuję się lepsza. Dla samej siebie. Szczęśliwsza. Piękniejsza. Zdrowsza. Silniejsza. Sprawniejsza.

Jest to coś z czego jestem dumna, czym chcę się dzielić, co chcę przekazywać swoim dzieciom i ludziom z którymi życję. Udaje się!
Moje dzieciaki to aktywni, zdrowi, świadomi mali ludzie. Z własnej woli wybierają prawdziwe owoce od przetworzonych deserów owocowych. Julka też żyje sportem – trenuje akrobatykę i wiąże z tym swoją przyszłość. Moje koleżanki z pracy powoli przekonują się do zdrowego żywienia i wprowadzają nowe nawyki także w swoich domach. Kilka z nich udało mi się namówić na Crossfit! To dodatkowa motywacja dla mnie.

Odkąd w moim szczęśliwym, poukładanym życiu pojawił się dodatkowy element jakim jest sport, poczułam czym naprawdę jest satysfakcjonujące życie. Od prawie 3 lat cały świat - mój i mojej rodziny kręci się wokół tego. Wiele rzeczy się zmieniło, ale teraz jest lepiej, ciekawiej. 

Czuję, że żyję. Wiele mam, mówi, nie mam czasu, to nie dla mnie, co z dziećmi? Jestem dowodem na to, że pasja, sport, może tylko uszlachetnić życie, pokazać Waszym dzieciom, że ich mama to super mama, dać powód do dumy dla Was i Waszego otoczenia. Co z dziećmi? Zaangażujcie je w to co robicie, niech będą tego częścią… Tylko ruszcie się. Zacznijcie żyć. Zróbcie coś dla siebie, a zobaczycie jak wszyscy otaczający was ludzie na tym zyskają. 

Co Tobie piękna, wartościowa silna kobieto daje oglądanie kolejnego odcinka ulubionego serialu? 

Co daje ta godzina Twoim dzieciom? To jest wspólne spędzanie czasu? Budowanie światopoglądu, wspomnień, lekcja życia? Naprawdę? A gdybyś poszła na trening… Wróciła zdrowsza, sprawniejsza, bardziej pewna siebie, piękniejsza i pokazała dzieciom taką wersję siebie, a później
ich uczyła jak to zrobić, żeby tak żyć? 

Powiesz mi, że łatwo mi mówić bo moje życie jest łatwiejsze… Przeciwnie. Każdy ma problemy. 
Ja też je mam. Uwierz mi, mam ich pełno, ale nie będę o tym pisać. Nie pozwolę, aby przysłoniły one tą część życia, która jest szczęśliwa.
Kończę dzisiaj 31 lat i dopiero zaczynam życie… Ty też zacznij.
Nikt za Ciebie tego nie zrobi.


„Nie martw się porażkami martw się szansami które tracisz, gdy nawet nie próbujesz”

Agnieszka Walorczyk

1 komentarz:

  1. "Na co dzień jestem zwyczajną-niezwyczajną kurą domową. Stereotypową „matką, żoną i kochanką”. Zwłaszcza kochanką powinnaś dopisać :P
    "Jestem mamą najcudowniejszej dwójki na świecie – 9cio letnia Julianna i 6-cio letni Tymon, to moje motory napędowe, wszystko co robię, robię przez nich i dla nich." I dlatego zostawiam je tatusiowi i lecę do kochanka, ewentualnie pyknę sobie focię na insta, żeby nie było :P Ludzie nie są ślepi :-)

    OdpowiedzUsuń