7 Kłótnie

Sobotnie poranki są zazwyczaj moim ulubionym czasem wolnym. Cały dzień ja i Hanka robimy zakupy czy coś pichcimy w kuchni przy akompaniamencie piosenek dla dzieci. Nic tak nie podnosi na duchu jak Hanka skacząca po kuchni do The wheels on the bus albo London Bridge. 

Jednak dzisiaj jest inaczej. Po okropnej kłótni z Karolem, która zaczęła się od czegoś tak błahego jak nieopróżniona zmywarka, po poważną dyskusję na temat ilości słodyczy jaką daje Hance a skończywszy na tym, że jestem zimna i oschła a on jest niegodny zaufania i leniwy, musiałam się ewakuować, dać sobie trochę czasu i przestrzeni, żeby ochłonąć i nie skakać sobie do gardeł całe popołudnie. Nic z tego, co zostało powiedziane nie jest nowością, ale też nie do końca wiadomo czy słowa, które z siebie wyrzucamy pod wpływem adrenaliny i tony negatywnych emocji są szczere i prawdziwe. Kocham Karola, wiem że on też kocha mnie, ale czasami czegoś nam brakuje. Wiem, że jego częste wyjazdy i moje zarwane nad pracą nocki nie sprzyjają naszemu małżeństwu. Ubieram Hankę w wyjściowe ciuchy, sama zakładam swoje najwygodniejsze dżinsy w których mój tyłek wygląda bardzo korzystnie oraz dopasowaną, różową bluzę. Zazwyczaj nie noszę różowych rzeczy, jednak to prezent od Karola a ja chciałam mieć coś od niego przy sobie. 
Jadę do galerii. Nie mam nic konkretnego do kupienia, więc gdy zaraz po wejściu Hanka ciągnie mnie na plac zabaw, ulegam prawie natychmiast. Potem papierniczy, kawa, sok jabłkowy. Dopiero piętnasta także szwendając się po sklepach kupujemy nowe kapcie do przedszkola, nową parę rękawiczek na przecenie, gdyż poprzednie jak i te przed poprzednimi zaginęły w tajemniczych okolicznościach i różaną pomadkę od Rimmel. Koło osiemnastej idziemy wrzucić coś na ruszt. Po
kolacji w pizzerii którą Hanka traktuje prawie jak obiad wigilijny z racji raczej rzadko odwiedzanych fast foodów, idziemy do Empiku. Kiedy moja córcia szuka nowej Katastrofy, ja szukam czegoś dla siebie w dziale z książkami obcojęzycznymi. Długo nie mogę się zdecydować, ale kiedy ruszam do działu z literaturą dziecięcą z The Girl on the Train pod pachą, staję jak wryta na widok mojej córki rozmawiającej z jakimś facetem. Pierwotne osłupienie ustępuje kiedy ruszam z prędkością światła w ich kierunku.
- Haniu, prosiłam cię żebyś nie rozmawiała z nikim nieznajomym - mówię kiedy dochodzę do swojego dziecka i kucam przed nią by widziała jak niezadowolona jestem z takiej sytuacji.
- Ale Pan mi się przedstawił i poprosił mnie o radę, a ja się znam na książkach to mu doradziłam co ma kupić - mówi moje dziecko przejęte moją przestraszoną miną ale jednocześnie zupełnie nie zdające sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Przepraszam - słyszę za sobą głos - ale Pani córka naprawdę starała się mi pomóc, po za tym pierwsze co mi powiedziała to właśnie to, że nie może ze mną rozmawiać.
- No właśnie, mamo, tak powiedziałam. A to jest Pan Damian i szuka książki dla swojej siostrzenicy - tłumaczy mi moja latorośl ale ja prawie jej nie słucham gdyż widzę nad sobą twarz nieznajomego-znajomego z którym tak konwersowała. Damian Czajkowski akurat teraz, dzisiaj, postanowił wybrać się na zakupy i wpaść właśnie na moje dziecko w dziale literatury dla dzieci. Wygląda jak zwykle, perfekcyjnie. Gładka cera, nieskazitelne ubranie i włosy, zadbane dłonie i bielutkie zęby.
- A, przepraszam najmocniej. Nie widziałam, że to Pan - mówię totalnie zmieszana, ogłupiała i jakby z defektem. Szybko zastanawiam się jak wyglądam. Z prędkością światła analizuje moje ostatnie odbicie w lustrze. Kiedy zdaję sobie sprawę z tego co robię, jestem w większym osłupieniu niż na jego widok.
- Tak się akurat złożyło, że na siebie wpadliśmy, za co mnie parę razy przeprosiła po czym ja zapytałem co ma za książkę. Moja siostrzenica faktycznie ma jutro urodziny i chciałem jej kupić coś do czytania ale nie wiem co się teraz czyta w takim wieku.
- A ile ma lat? - pytam, będąc jeszcze dość zamroczona cała sytuacją.
- Czternaście - odpowiada zupełnie innym tonem niż ten, który znam. Jest wyciszony, spokojny i nawet lekko uśmiechnięty.
- To w takim razie Kaczka Katastrofa nie jest najlepszym pomysłem - mówię z lekkim rozbawieniem, wyobrażając sobie jej minę na widok książki, której główna bohaterka nazywa się Katastrofa i jest do tego kaczką - A ta Pańska siostrzenica to lubi czytać? - pytam starając się wybrać coś z tytułów, które mi akurat przychodzą do głowy z literatury młodzieżowej.
- Chyba niespecjalnie, ale dobrze by jej zrobiło, gdyby zaczęła - mówi z przekąsem.
- Niby nic na silę, ale proszę jej kupić Gwiazd Naszych Wina albo Niezgodną. Z literatury młodzieżowej to chyba najlepsze co może Pan wybrać, co nie jest dodatkowo napakowane seksem czy używkami. To dobre książki. - mówię spokojnie patrząc mu w oczy, które wyjątkowo nie wpatrują się we mnie a w moje dziecko.
- Ok, dzięki. Tak zrobię - mówi nie odrywając wzroku od Hanki, która przegląda książeczki na regale za mną - jak na pięciolatkę ma Pani bardzo elokwentne dziecko. I do tego oczytane.
- Dziękuje. Czytamy jej od urodzenia. Dzielimy się swoją pasją.
- Mamusiu, ja już wybrałam, mogę iść do kasy? - pyta Hanka ciągnąc mnie już za rękę w stronę kas.
- Tak, jasne. Już idziemy - mówię nie ruszając się z miejsca, z trudem opierając się jej sile - Miło było Pana spotkać. Do zobaczenia w poniedziałek.
- Cześć- odpowiada, a ja nie czekając aż odejdzie, pozwalam się mojemu dziecku zaciągnąć do kasy.
Kiedy ruszamy nieśpiesznie do naszego auta jest już kompletnie ciemno. Świąteczne dekoracje już zniknęły i budynek galerii wygląda jakoś bezbarwnie. Jest bardzo zimno, także wtulona w swój ciepły kołnierz, z Hanki rączką w jednej dłoni a siatkami w drugiej, szukam swojego średniowiecznego mercedesa. Ogromny parking jest dalej prawie całkiem pełny. Staram się wytężyć wzrok i znaleźć miejsce gdzie zaparkowałam, ale sypiący śnieg i wiejący wiatr nie dają mi się skupić. I z tego wszystkiego zachodzę drogę jakiemuś kolesiowi, wpadam na niego i prawie wytrącam mu wszystkie siatki z rąk.
- Przepraszam, straszna ze mnie niezdara. Nie mogę znaleźć auta i ... - mówię ze wstydem i pokorą, kiedy poszkodowany przeze mnie wstaje i po raz kolejny dziś widzę jego.
- Nic się nie stało, przeżyję. Ale mamy dzisiaj szczęście do siebie - mówi do mnie jakimś ironicznym tonem, którego nie mogę zrozumieć.
- Albo pecha - rzucam bez namysłu, po czym zdaję sobie sprawę jak mogło to zabrzmieć i prostuje 
- Znaczy, Pan miał pecha - tłumaczę się.
Nic nie odpowiada tylko się śmieje. Moje dziecko drepce niecierpliwie po mojej lewej, ciągnąc mnie znacząco za rękę.
- Mamusiu, zimno mi. Możemy już iść? - pyta swoim słodkim, dziecięcym głosikiem.
- Wiesz jaki jest najlepszy sposób na rozgrzanie się w taką pogodę? - pyta moje dziecko mój zazwyczaj poważny i niedostępny klient.
- Nie. Co? - pyta z ciekawością w głosie Hania, wpatrując się w Pana Damiana.
- Duża porcja lodów. Mobilizują nasze ciało do wytwarzania ciepła - odpowiada jej kucając przy niej i wpatrując się w jej już teraz rozpromienioną buźkę.
- Mamo, zimno mi. Muszę zjeść loda! Albo dwa. Bo jest bardzo zimno!- mówi patrząc na mnie przejęta.
- Czy dadzą się Panie zaprosić na porcje lodów? - pyta Czajkowski wstając powoli, patrząc prosto w
mój zszokowany wyraz twarzy.
- Hmm, jest Pan pewien? - pytam a on tylko potwierdza skinięciem głowy.
- Mamo możemy iść, prawda? Przecież nam się nigdzie nie śpieszy. Tak mamo? - pyta Hania podskakując w miejscu. - Mama dzisiaj nie lubi taty i dlatego cały dzień spędziłyśmy w Galerii - dodaje patrząc w jego kierunku.
- No to chodźmy - mówię pośpiesznie, starając się zbagatelizować jej komentarz.

Zostawiamy zakupy w swoich samochodach i ruszamy w stronę lodziarni. Ustawiamy się w dość długiej kolejce. Hania przykleja się do szyby zastanawiając się, na które lody ma ochotę.
Będzie długo myśleć, wiedząc, że nieprędko mnie namówi na taką rozpustę. Dziwnie się czuję stojąc tak blisko Czajkowskiego. Przestrzeń, która oddziela nas od siebie kiedy razem pracujemy daje mi poczucie bezpieczeństwa i pewności siebie. Teraz właściwie nie mogę mówić o jakiejkolwiek przestrzeni. Jak zawsze w weekendowy wieczór, galeria jest zatłoczona. W otaczającym nas hałasie, zaczynam odczuwać niezręczną ciszę. Zastanawiam się czy powinnam się odezwać, zacząć jakąś rozmowę. Patrzę na niego kątem oka. Jest zupełnie rozluźniony, a jego zazwyczaj poważną twarz rozświetla szeroki uśmiech, który skierowany jest jak sądzę do mojej córki.
- Jest bardzo do Pani podoba - mówi niespodziewanie, wyrywając mnie z moich wewnętrznych przemyśleń.
- Myśli Pan? Zdania są podzielone. Ale mnie się wydaje, że po mnie ma tylko kolor oczu.
- Zdecydowanie nie.
- Mamo, ile mogę wybrać smaków?
- Co powiesz na trzy i dużą ilość posypki? - pyta kucając koło niej.
- Tak! - wykrzykuje moja rozentuzjazmowana córcia.
- Rozpuszcza mi Pan dziecko - mówię nie odrywając od niego wzroku. Nie mogę przestać na niego patrzeć. Sam fakt bycia tutaj, razem, w trójkę, jest wręcz surrealistyczny.
- No i? - odpowiada rzucając mi spojrzenie, jednocześnie przyłapując mnie na tym iż bezwstydnie się na niego patrzę.
- To ja chcę waniliowe, śmietankowe i o smaku gumy balonowej. Mogę mamo? - pyta Hanka wpatrując się we mnie swoimi wielkimi, piwnymi oczami.
- Tak, możesz. Ale pamiętaj, że tylko dziś wyjątkowo takie szaleństwo! - mówię, próbując jej uświadomić, iż taki numer więcej nie przejdzie.
- A Pan jakie lubi? - Hania pyta Damiana, chcąc odwrócić moją uwagę.
- Czekoladowo- śmietankowe to moje ulubione - odpowiada patrząc jej prosto w oczy. Cały czas się uśmiecha. Nie podejrzewałabym go o takie podejście do dzieci. Jest otwarty i uśmiechnięty.
Rozmawia z Hanią jak z koleżanką.
- A Pani? - pyta mnie.
- Ja dziękuje, wezmę tylko kawę - odpowiadam starając się wytrzymać jego penetrujące spojrzenie.
- O nie, jak lody to lody. Nie można samemu tak grzeszyć - mówi stanowczo po czym wstaje i zamawia trzy duże porcje lodów. Ja jestem kompletnie rozwalona i jakbym na chwile zapomniała, że umiem myśleć, bo stoję jak głupia z rozdziawioną paszczą, a w głowie rozbrzmiewa mi echem jego głos.
Kiedy przychodzi do płacenia sięgam po portfel, ale on nie chce o tym słyszeć. Płaci więc, po czym prowadzi nas do jedynego wolnego stolika. Siadamy na przeciwko siebie a Hania siada koło niego, od razu zabierając się za swoją porcję.
- A skąd Pan zna mamusię? - moja latorośl pyta między kolejnymi chapsami lodów.
- Twoja mama pomaga mi zarabiać pieniądze- odpowiada jej spokojnym tonem, wyraźnie rozkoszując się chwilą.
- To pan jest taki stary i jeszcze sam nie umie? - pyta momentalnie, tak zupełnie prosto z mostu - Nawet ja już umiem.
- Haniu! Nie ładnie tak wypytywać - reaguje przerażona jej komentarzem, który ledwo dosłyszałam, gdyż czuję się nieswojo i nie nie mogę pozbierać myśli.
- No jestem już stary, i może umiem sam zarabiać ale z pomocą twojej mamy, mam większe możliwości.
- Wiem, że jest zdolna. Jest najmądrzejsza na całym świecie - odpowiada mu dumnie Hania - a Pan ma dzieci?
- Tak, mam trzech synów.
- A ile mają lat?
- Piętnaście, Siedemnaście i dziewiętnaście.
- To już są nastolatkami! - wykrzykuje Hania, wyraźnie pod wrażeniem wieku jego dzieci. Odkąd zaczęłyśmy czytać książkę o ludzkim ciele, jest zafascynowana dorastaniem.
- Tak, zdaje się że tak - potwierdza obdarowując ją szerokim uśmiechem.
Przez większość czasu nie biorę udziału w rozmowie. Moja córcia ma tak wiernego słuchacza i rozmówcę, iż ja nie muszę odpowiadać na jej niekończące się pytania. Za to Damian musi jej szczegółowo opowiadać o tym co robi, jak zarabia pieniądze i jakie słodycze lubi najbardziej. Jest trochę zawiedziona, kiedy okazuje się, że nie lubi piłki nożnej, za to zachwycona faktem iż ogląda kreskówki. Zadziwia mnie łatwość z jaką rozmawiają i jego zaangażowanie w te rozmowę. Nie wygląda na typ lubiący spędzać czas z małymi dziećmi.

Mniej więcej pół godziny później, kiedy po lodach nie ma już śladu, z przerażeniem patrzę na telefon. Karol dzwonił już cztery razy. Nie będzie zadowolony, kiedy usłyszy dlaczego nas jeszcze nie ma w domu.
- My będziemy się już zbierać. Muszę położyć Hanie spać. Bardzo dziękujemy za deser i miłe towarzystwo - mówię zbierając się do wyjścia. Zakładam Hani kurtkę a resztę rzeczy biorę pod pachę.
- Nie ma problemu. Odprowadzę was do samochodu.
Kiedy stoimy już przy moim mercedesie, jest ciemno i strasznie zimno. Hania na pożegnanie, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, przytula Czajkowskiego przelotnie i mówi mu grzecznie dobranoc.
- Pójdzie Pan jeszcze z nami kiedyś na lody?
- Pewnie. Na razie mała - mówi kiwając na nią.
- Do widzenia. Do zobaczenia w poniedziałek - mówię wyciągając do niego rękę.
- Do zobaczenia - odpowiada ściskając delikatnie moją wyciągniętą dłoń, przytrzymując ją jakby chwilę dłużej niż to konieczne.
W drodze do domu Hania śpiewa w kółko Jingle Bells a ja śpiewam razem z nią. Nie myślałam, iż po takim poranku będę mieć tak dobry humor. Pewnie już nie długo, bo choć napisałam Karolowi esemesa, iż u nas wszystko ok i niedługo będziemy, to na pewno będzie miał jakieś pretensje.

Zdjęcie:freepik.com


W pędzie, w którym żyjemy łatwo o materiały łatwopalne, które rozniecą w nas nie żar miłości, czy pożądania ale wściekłość, gniew a nawet furię. Używamy tych jakże silnych i wymownych emocji by ukryć to czego się wciąż wstydzimy. Przyznanie się do tego, że cierpimy, że nas zabolało to co usłyszeliśmy bądź co było nam uczynione uznawane jest za oznakę słabości. 

Boimy się naszej wrażliwości. Nie chcemy jej pokazywać światu. Wolimy cierpieć w milczeniu, czy może  raczej ukryć zwód, wstyd, strach, poczucie straty pod płachtą złości. Wkurwieni na cały świat krzyczymy, wyrzucamy z siebie myśli i słowa, których normalnie byśmy nie powiedzieli. Mówimy co nam ślina na język przyniesie, byle tylko ból przenieść na druga osobę. 
Krzyczymy, za pewniaka biorąc fakt, ze będziemy mieli szanse do tego wrócić. On przyjdzie, przeprosi, albo ja, znowu ja pierwsza, wyciagnę do niego ręke i pogodzimy się. Seks na zgode zawsze lepiej smakuje, co?

Koniec końców zawsze przepraszamy. Jutro.Po jutrze. Kiedyś tam w przyszłości.

A co jesli jutra nie ma?….

Może lepiej wziąć głęboki oddech i przestać mówić, przestac krzyczeć. 
Weź buty do biegania, książkę, kubek dobrej kawy i pobądź chwilę sama. Zastanów się co naprawde czujesz. Co chcesz osiągnąc kolejną kłótnią? Niezależnie od tego co byś chciała, nie odniesiesz nic. Poniesiesz kolejna porażkę. 
Panowanie nad soba to cenna umiejętność, a przekierowywanie swoich emocji, to umiejętność, która może odmienić twoje życie.

Ja w chwilach, kiedy mam wszystkiego dostyć, kiedy w pracy wszystko idzie nie tak a  w domu, jestem jak parowóz, który bucha para co kilka minut, to wtedy staje na chwilę i staram się wyciszyć. Kładę ręce na sercu i zastanawiam się co w moim życiu jest dobre, za co powinnam być wdzięczna.

Prawda jest taka, że dużo rzeczy bierzemy w życiu za pewniaka. Są, były i bedą. To samo robimy z ludźmi, którzy w naszym życiu są.

Poświęć chociaż pięć minut każdego dnia, żeby zastanowić się nad tym co masz i za co jesteś wdzięczna. To sekret do lepszego życia.

Codziennie rano, kiedy leżę w łóżku lub kiedy ide ścigać kolejny wschód słońca, myślę o tym co mam w życiu i o sukcesach jakie odniosłam. 

Staram sie pamiętać, że najważniejsze w życiu są te małe, codzienne rzeczy. 

Dziś jestem wdzięczna za to, że mam dwie zdrowe nogi i mogę biegać.
Za to, że mam dach nad głową, pracę, rodzinę, i ludzi którzy mnie kochają.
Za wszystko co umiem, a umiem sporo. Moje zdolności sprawiają że i moje i życie tych wokół mnie jest piękniejsze. Dobry obiad, świetnie zaplanowany piknik, zadowolony z projektu klient.

A kiedy szlag mnie trafia, i mam ochotę krzyczeć, to odchodze na chwilę. Oddycham głeboko, czując jak bije mi serce. A potem wracam, mówię co tak naprawdę myślę ze stoickim spokojem i żyję dalej. 
Z uśmiechem na ustach.

Pieknie opowiada o małżeństwie bez kłótni Fawn Weaver, także zapraszam do słuchania.
Niestety nie ma wersji polskiej. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz