12 Samotność

Pożegnanie z Hanią było straszne. Już przy pakowaniu rozklejałam się jak małe dziecko. Choć może to porównanie jest nie na miejscu, gdyż moje małe dziecko wcale nie było rozklejone. Spakowana od dwóch dni torba czekała grzecznie w holu, a Hania jak gdyby nigdy nic, spędzała większość czasu z przyjaciółką na dworze.

Kiedy kurz unoszący się za samochodem Karola już opadł, minęło jeszcze dobrych parę minut zanim zdecydowałam się wejść do mieszkania. Nie miałam wiele czasu. Musiałam sama się spakować i jechać do pracy.

Pustka w domu była przerażająca. Cisza przyprawiała mnie o dreszcze. Pokój Hani minęłam na palcach, czując łzy pod powiekami. W naszej sypialni nie było wcale lepiej. Nasze ślubne zdjęcie dalej dumnie wisiało nad łóżkiem. Karol patrzący na moją uśmiechniętą buzię. Ja w bieli z liliami w
ręce. On w czerni, wyprostowany, boski jak zawsze.

Paroma pociągnięciami po ekranie mojego iPada zagłuszyłam ciszę i własne myśli. Zaczęłam tańczyć, dając się porwać rytmowi Cameo Lover. Skacząc dookoła, wirując w miejscu i śpiewając na całe gardło, próbowałam rozładować emocje, które kumulowały się we mnie niczym chmury przed burzą.

Kiedy kawałek się skończył, a Kimbrę zastąpiła Adele, momentalnie uklękłam, i z głową we własnych dłoniach dałam się pogrążyć rozpaczy. Nigdy nie byłam sama. Nigdy. Zawsze w moim życiu było mnóstwo ludzi. Czasem było ich zbyt wiele. Nim Karol pojawił się w moim życiu, byłam
cieniem kobiety, którą jestem teraz. Nie wierzyłam w siebie. Nie widziałam swojej przyszłości w kolorowych barwach. Mężczyźni, choć nie tylko oni, traktowali mnie jak głupią, łatwą dziewczynkę bez przekonań.

Karol mnie wiele nauczył. Odkrył mnie jak zaginiony ląd i wielbił przez pierwsze lata naszej znajomości. Kochał mnie jak nikt inny i dawał poczucie stabilności, którego nigdy nie zaznałam.
Jego przedsiębiorczość i przebojowość, pozwoliła nam wiele osiągnąć. Nie było czasu na rozmyślania. W ciągłym biegu, brnęliśmy do przodu, by osiągnąć cele, których już nawet nie pamiętam.

Patrząc jak Hania dorasta, zaczęłam się zastanawiać. Jak chcę ją wychować? Czego chcę ją nauczyć.
Ale jak mogę uczyć dziecko odwagi i bycia sobą, jak sama wydaję się uciekać od prawdy. Karol był dobrym partnerem. Kochał mnie, szanował, wspierał. 
Ale im więcej zaczęłam się zastanawiać nad sobą i tym kim jestem, doszłam do wniosku, że ja nie chcę wcale stabilizacji. Chcę by moje życie było przygodą. Chce by było tajemnicę, którą będę odkrywać. Chcę w życiu czegoś więcej niż poukładanego życia, pracy od do, wieczorów przed telewizorem i konta oszczędnościowego na czarną godzinę. Chcę wspiąć się na wyżyny. 
Ale póki co jestem na pustkowiu, sama, przerażona. Zagubiona jak mała dziewczynka.

Kiedy w miarę ogarnięta wstaję z podłogi, postanawiam być silna. Pierwszy raz w życiu dla siebie, nie dla innych. Pragnę wykorzystać możliwości, które pojawiają się na horyzoncie i choć przez chwilę żyć pełnią życia.

W biurze Czajkowskiego dziś grobowa atmosfera. On sam w paskudnym humorku. Dwa dni temu odbył się pogrzeb jego ojca, na który nie poszedł. Siedział na przeciwko mnie jak gdyby nigdy nic. Jego matka wparowała tu po pogrzebie z pretensjami, że własnego ojca nie przyszedł pożegnać, ale on nie dał się wyprowadzić z równowagi.
Zastanawiałam się, na ile przeżywa tę stratę w środku, a na ile ma to faktycznie w dupie.
Miał zaraz spełnić jedno ze swoich marzeń. Nie było tego po nim widać. Najpierw był milczący, a dziś od samego rana, krzyczał na wszystkich o byle co.
- Możesz mi powiedzieć co to jest? - mówi zwracając się do mnie, po jednej z niekończących się rozmów telefonicznych. W ręce trzyma jeden z folderów, który położyłam na jego biurku parę dni temu.
- Harmonogram promocji na Mazurach - odpowiadam lekko zmieszana, całkowicie wytrącona z tego co akurat robiłam.
- Tyle widzę. Umiem czytać. Nie jestem debilem. Ale co to kurwa ma znaczyć? Kiedy uzgadnialiśmy, że ja mam cokolwiek mówić? - krzyczy w moim kierunku wstając ze swojego tronu i rzucając dokumenty w moim kierunku. Nie docierają jednak na moje biurko. Rozsypują się po podłodze.
- To twoja inwestycja, twoje marzenie, twoja firma. Kto miałby to zrobić? - pytam, starając się opanować drżący głos - wspominałam o tym w zeszłym tygodniu, a dokumenty leżą u ciebie od poniedziałku.
- Mogłaś wykazać trochę inteligencji i pomyśleć, że skoro nie poruszyłem tego tematu, znaczy że nie czytałem tego? Nie mogłaś tego ze mną obgadać? Mam nadzieję, że telewizja jeszcze nie dostała tych materiałów. I jeszcze ta firma od cateringu. Czemu nie użyłaś tej, o której ci mówiłem?
- Bo dałeś mi wolną rękę - odpowiadam ignorując atak serca. Telewizja już wczoraj dostała ten harmonogram, i bardzo czekają na przemówienie Czajkowskiego. Tajemniczy biznesmen z kupą siana jest tym, co chcą pokazywać. Tym bardziej taki, który na co dzień unika fleszów - co do telewizji…
- Gośka, kurwa, nawet nie kończ… - mówi ze złością, chwytając obiema rękami za brzegi biurka.
- Damian, ja cię, przepraszam, ale byłam pewna, że to przeglądałeś. Nic nie mówiłeś, a ja byłam pewna, że nie będziesz miał nic przeciwko temu.
- Nienawidzę kamer - mówi, już ściszonym głosem - a twoim zadaniem jest wszystko ze mną uzgadniać. Po to kurwa tu siedzisz, dwa metry ode mnie. A tobie się odezwać nie chciało.
- Damian to nie tak. Przepraszam. Jeżeli chcesz, to wyjdę. Nie muszę tu być jak masz mnie dostyc i masz zamiar się na mnie wyrzywać - odpowiadam z lekkim wyrzutem. Jestem teraz na niego równie zła jak on na mnie. Zareagował jakby nie wiem co się stało - I wiedz, że nie jesteś pępkiem świata. Nie ty jeden masz życie po za tym biurem.

Przerażona swoim wyznaniem, wstaje i pośpiesznie zaczynam się pakować, nie czekając na jego
odpowiedź. Dał mi ogromną szansę pozwalając przeprowadzić całą kampanię samodzielnie, a ja mu
nawrzucałam w chwili słabości.

Kiedy nic nie mówi, uwijam się by jak najszybciej wyjść.
- Gosia, czekaj. Nie chce żebyś wychodziła - mówi już spokojniej obserując jak się pakuje.
- To czego ty chcesz? - pytam patrząc wprost w jego lodowate spojrzenie.
- Nie ważne. Nie wszystko co chcemy, możemy mieć - mówi, patrząc dalej na mnie, cytując dokładnie moje słowa z przed paru tygodni.
- Wolałabym jednak już iść - rzucam przelotnie, nie przerywając pakowania.
- Ok, idź. Spakuj się. Pożegnaj się z rodziną. Wyjeżdżamy o 7. Przyjadę po ciebie. Nie ma potrzeby,
żebyśmy jechali dwoma autami - mówi zupełnie formalnie, bezuczuciowo, udając, że nagleczegoś szuka i jest bardzo zajęty a tak na prawdę przestawiając kartki na biurku z jednej kupki na drugą.
- Hania z Karolem są w Madrycie. Walizkę mam już spakowaną. A samochód popsuty, także sama
i tak nie pojadę - mówię stając przed jego biurkiem, próbując opanować plątaninę uczuć, które
buszują po moim ciele i umyśle.
- To zostań - mówi podnosząc wzrok, patrząc mi prosto w oczy. Jego wyraz twarzy jest obezwładniający. Smutek, żal, złość. I coś jeszcze. Coś czego nie jestem pewna.
- Ok. Możemy przejrzeć harmonogram na piątek jeszcze raz, krok po kroku. Możemy wszystko zmienić.
- Nie. Nic nie będziemy zmieniać. Wiem, że dałaś z siebie wszystko i włożyłaś serce w ten projekt.
- Twój pomysł od początku mi się podobał. Kiedy widziałam pierwsze zdjęcia, byłam jeszcze
bardziej pod wrażeniem całej tej inwestycji.
- Od początku swojej kariery robię to co przynosi mi nie tylko kasę. Projektowanie od podstaw hotelu, czy tworzenie menu do pierwszej restauracji. To co robię, przynosi mi frajdę. Robię to co lubię. I choć czasem się wkurwiam z tego czy innego powodu, nigdy nie robię czegoś tylko dlatego, że muszę.
- Masz szczęście - mówię odruchowo, pod wpływem impulsu.
- To nie szczęście Gosia. To ciężka praca, nad sobą przede wszystkim.
- Myślisz, że jest jakiś limit tego co jesteś w stanie osiągnąć - pytam czując się pijana, upita jego obecnością i jego głosem, który rozbrzmiewa mi jak melodia w uszach. Imponuje mi to co robi, co mówi. Jego oczy zdają się przeszywac mnie na wylot. 
- Myślę, że jedyny limit to moja własna wola i determinacja. Ty też możesz w życiu wiele osiągnąć -
mówi spokojnie, wszelkie ślady złości w jego głosie wyparowały - Masz na coś ochotę?

Jego pytanie zbija mnie kompletnie z tropu. Cały czas na mnie patrząc, podchodzi do mnie zupełnie bezceremonialnie, i jakby nigdy nic, odgarnia kosmyk włosów z mojej twarzy, delikatnie muskając palcem moje ucho.

- Ochotę? - pytam zaskoczona i speszona jego towarzystwem, bliskością, do której nie jestem
przyzwyczajona. Do tego ten zapach. Męski a jednocześnie delikatny.
- Czego się napijesz? - pyta z szerokim uśmiechem na ustach, stojąc przede mną pewny siebie, przystojny i nieskończenie pociągający.
- Ja chyba jednak podziękuje, jest późno, to był dla mnie długi dzień - odpowiadam przestraszona. 
- Na pewno?- pyta, całkowicie spokojny, opanowany.
- Na pewno. Do zobaczenia rano - odpowiadam z szerokim uśmiechem na twarzy.

Odwracam się, chwytam segregator, który wcześniej przygotowałam i ruszam do drzwi. 
Kiedy go mijam, chwyta mnie za ramie i zmusza bym na niego spojrzała. Z moich ust wydobywa się niechciany jęk, cichy a jednak bardzo wyraźny a moje ciało, jakby bezwiednie wygina się w jego kierunku, chcąc poczuć jego ciepło na sobie.

-Chyba się mnie nie boisz? - pyta zadziornie bezustannie patrząc mi w oczy. Ciepło jego dłoni na mojej ręce parzy mnie, i rozchodzi się po całym moim ciele. Nie czułam tego w sobie od bardzo, bardzo  dawna. 
-To nie strach - tłumaczę.

Damian przyciąga mnie do siebie i stoimy tak, ciało koło ciała, patrząc na siebie a moje serce pędzi jak na wyścigach, płuca nienadążają łapać powietrza a myśli buzują jak w woda w syfonie. Rozchylam usta, jakby przygotowując się na jego dotyk, oblizuje je końcem języka nie wierząc, że potrafię być tak otwarta.
Czuje jak jeszcze mocniej zaciska swój uścisk, drugą ręką odkładając wszystko co mam w swoich dłoniach, obejmując mnie w pasie. Całe moje ciało krzyczy do niego, pragnie go tu i teraz. I nie zastanawiam się, czy to co czuję jest dobre czy złe. Daję się ponieść uczuciom.  Kiedy widze, jak wolno pochyla się w moim kierunku, dając mi szanse by się wycofać, ja płonę jak pochodnia, pożerając go wzrokiem.

I wtedy dzwoni mój telefon, wibrując z cała mocą na moich pośladkach, wypełniając całe pomieszczenie nieznośnym hałasem, który rani moje uszy, ale jednoczesnie rozbudza z chwilowej śpiączki.

Przerażona sytuacją, jego bliskością, wyrywam się z uścisku i wychodzę. Mój rozum zdołał się przebudzić, dominując nad ciałem i jego słabościami.
-Do jutra Damian - rzucam nie odwracając się, bojąc się choćby spojrzeć na niego.


Dwadzieścia minut później pije kawę u siebie w kuchni. Ostatnie miesiące mijają mi przed oczami jak film. Ale już nie płaczę. Nie będę się rozczulać nad sobą. Nie będę rozpamiętywać tego co było, co mogłam zrobić inaczej. Boję się przyszłości, tego co będzie jutro, tego co czuję, tego czy dam radę. Ale stawię czoła kolejnym tygodniom, pomimo strachu który czuje. Pomimo strachu, po prostu to zrobię. Carpe diem.

Samotnośc jest zarazą naszych czasów. Żeby nie załapać tej jakże śmiertelnej, jątrzącej całe ciało choroby, robimy wszystko, żeby jej uniknąć. Trwamy w związkach, które nas ranią, które unieszczęśliwiają nas i ograniczają nasze możliwości. Rezygnujemy z własnej osobowości, z woli życia, tylko po to by mieć przy sobie kogoś, kto odgoni nocą koszmary.

Bywa, że idziemy z kimś do łózka, by choć na chwilę poczuć ciepło drugiego człowieka. Strach nas obezwładnia, wpływa na nasze decyzje i nasz pogląd na świat.

To normalne, że pragniemy czuć tę więź z kimś. Sensem naszego życia są ludzie, relacje, związki, łączenia między organiczne. 

Wydaje się nam, że nikogo nie znajdziemy, że będziemy same i zdane na łaskę losu. Nie poradzimy sobie, nie ma takiej możliwości.

Uciekamy od prawdy, bo wydaje nam się, ze tak jest łatwiej. Boimy się tego co ludzie powiedzą, jak osądzą nas znajomi, rodzina, przyjaciele. Chcemy być lojalne, wierne, doskonałe.

Ale zdrada niejedno ma imię. Pod pozorem lojalności, zdradzamy naszych bliskich i same siebie uciekając każdego dnia, marząc o innym życiu, poświęcając się każdego dnia dla większego dobra.

Nie tędy droga.

Zostaw poświęcenie. To najgorsze co możesz zrobić.  Nie poświęcaj się, angażuj siebie i serce w to co robisz. 
Zostaw chęć stablilizacji, bo to tylko złudzenie. Stabilizacja to stagnacja. Bezruch.

A ty jesteś stworzona to wyższych wartości. Musisz się rozwijac, udoskonalać, upgradować każdego dnia.

A przede wszystkim musisz się kochać. Siebie samą.

Nie wstydź się tego jaka jesteś, po prostu bądź sobą i dawaj cała naprzód w kierunku swojego szczęścia.

Nie szukaj wymówek, nie obwiniaj całego świata.

Szukasz inspiracji?

Przeczytaj.




Książka "Pokochaj siebie" należy już do klasyki psychologii humanistycznej, kierunku kładącego nacisk na pełny rozwój i samo-urzeczywistnienie jednostki, na wyzwolenie z nabytych lub  wyimaginowanych  ograniczeń  i  przesądów,  na  aktywną  postawę   wobec  życia  i  osiągnięcie   szczęścia  w  zgodzie z samym  sobą. Autor uważa, że stan zdrowia  psychicznego  jest stanem  normalnym i osiągnięcie go leży w granicach  możliwości każdego z nas, a połączenie ciężkiej  pracy,   zdrowego  rozsądku,  humoru i pewności  siebie jest podstawą szczęśliwego życia. Książka została przetłumaczona na wiele języków. W Polsce od 16 lat cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród czytelników.



I jak zawsze polecam Jaka Walkiewicza i jego Pełną moc możliwości. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz