4 Ryzyko

Jak zwykle w pośpiechu wbiegam po schodach, żeby nie spóźnić się na spotkanie z potencjalnym klientem. To duża firma, gruba szycha w okolicy. Gdyby udało mi się podpisać z nim kontrakt, miałabym zapewnioną płynność finansową na następne pół roku i może mogłabym więcej zainwestować w rozwój firmy.
Jest 11:59 kiedy pukam do ciemnobrązowych drzwi na najwyższej kondygnacji tego eleganckiego biurowca. Lekko podenerwowana ale dobrze przygotowana. Czekam aż drzwi się otworzą. Wiem co mam robić. Dokładnie znam profil działalności firmy „Perspektywa”. Opracowałam też wstępną ofertę marketingową. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pokaże również moje pomysły na kampanię reklamową, nad którą pracowałam ostatnie trzy noce. Bardzo mi zależy na podpisaniu tego kontraktu.
Nie widzieliśmy się jeszcze osobiście, wszystko ustalaliśmy telefonicznie. Miałam jakieś wyobrażenie tego tajemniczego faceta, który, jak wywnioskowałam z opowieści, które krążą o nim po mieście, zdaje się mieć cały świat w dupie. Ale to co zastałam na miejscu, przerosło moje oczekiwania. W mojej głowie wyglądał jak gangster z włoskiej mafii. Wielki chłop z mieszanką mięśni i tłuszczu, najpewniej w drogim garniaku i świecących lakierkach. Jakież było moje zdziwienie kiedy drzwi otwarł mi idealnie wyrzeźbiony, przystojny, wysoki facet z oczami niczym błękitne tafle zamarzniętego jeziora.
-A, to Pani - mówi od niechcenia, leniwym, aczkolwiek męskim tonem, kierując się od razu w stronę swojego biurka.
-Dzień dobry, Małgorzata Szafrańska. Rozmawialiśmy przez telefon - przedstawiam się oficjalnie, niepewnie ruszając za nim w głąb tego przestronnego pomieszczenia.
Biel aż razi po oczach. Wszędzie jest tak czysto, elegancko i gustownie. Wysokie do sufitu okna otaczają mnie ze wszystkich stron a widok przez nie jest niesamowity. Pożółknięte już topole kołyszą się w swym pełnym gracji tańcu a słońce jeszcze odważnie grzeje, przedzierając się przez nieliczne chmury.
-Niech Pani siada - mówi do mnie wskazując krzesło naprzeciwko obszernego biurka w kształcie litery L, za którym sam siada wygodnie. Ma na sobie zieloną bluzę z kapturem, jasny T-shirt spod którego wychodzą nieliczne, ciemne włosy, obcisłe, markowe dżinsy, białe skarpetki i ... niebiesko-białe tenisówki. Na mistera Polski może i nie pójdzie, ale jest w nim coś co mnie onieśmiela i intryguje. Ja natomiast nie zrobiłam na nim pozytywnego wrażenia. Raczej zdaje się mną poirytowany niż zainteresowany.
Siadam niezdarnie w fotelu i wyciągam swoje materiały. iPad, teczka, wyciszony telefon. Kiedy jestem gotowa podnoszę wzrok z nad moich fantów i momentalnie prawie zapominam, że mam język w gębie. Damian Czajkowski patrzy bezczelnie wprost na mnie tymi swoim błękitnym oczami. Dłonie ma splecione na brzuchu a nogi szeroko rozłożone pod stołem. Czeka wyraźnie na mój ruch. A ja tonę w jego oczach.
-Nie sprecyzował Pan dokładnie ani budżetu ani też swoich oczekiwań ale dokładnie zapoznałam się z materiałami dostępnymi na temat firmy i z tym co sam mi Pan podesłał i przygotowałam wstępną ofertę. Czy mam zacząć czy może chce Pan jeszcze poczekać na kogoś - mówię starając się jak tylko mogę nie dać opanować się zwątpieniu, które próbuje się przedrzeć przez pancerz mojej wątłej pewności siebie. Już wyobrażam sobie jakie zwątpienie by zasiało we mnie ziarna. Za wysoko mierze. Za duży klient jak na moje możliwości. Nie tak liga.
-Może Pani nawijać, na nikogo nie czekamy - odpowiada dalej patrząc wprost na mnie. Jestem trochę zdziwiona jego odpowiedzią. Oczekiwałam całego sztabu ludzi. A tu jest tylko on. Jedno biurko i tona segregatorów równiutko poukładanych na półkach Komandora. Czyżby sam wszystkim się zajmował?
Nie owijając w bawełnę, zaczynam swoją litanię. Szczegółowo, jednak na tyle zwięźle na ile się da, omawiam wszystko to co wymaga omówienia. Nie unikam jego wzroku, nie mogę okazać słabości ani tego jak niepewnie się czuję w jego towarzystwie. Siedemnaście minut później, siadam wygodniej w krześle. Skończyłam.
-Ok, gdzie mam podpisać? - pyta, bez wyraźnego entuzjazmu.
-Tutaj - pokazuję wykropkowane miejsce na umowie, którą właśnie omówiłam. Jestem w szoku, że chce podpisać ją od razu, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego brak entuzjazmu. Uśmiecham się delikatnie, ale w sercu czuję pożar. Udało mi się!

Gdy wychodzę z jego biura oddycham z ulgą. Współpraca z nim będzie nie lada wyzwaniem, i czuję lekką ekscytację na myśl o tym, jak dużo czasu będziemy spędzać razem. Nie tylko ekscytacje. Trochę się obawiam tych spędzonych z nim, sam na sam, godzin, w tym powalającym biurze, z jego przeszywającym spojrzeniem i tendencją do patrzenia mi prosto w oczy.

Wiele o nim słyszałam i choć nie lubię plotek i nic sobie z nich nie robię. Ciężko je jednak całkiem zignorować. Czajkowski jest partnerem życiowym przyjaciółki mojej ostatniej klientki. Niezły z niego typek. Bezczelny, wulgarny, zbyt pewny siebie, nadziany i zaangażowany w niejeden ciemny interes. Ma rodzinę, piękny dom, samochody. A ja mam mu pomóc rozsławić jego legalny interes. Buduje domy w różnych częściach Polski. Zazwyczaj są to ekstremalne miejsca, wyjątkowe, pełne powalających widoków. Teraz będzie je wynajmował w ramach wypadów wakacyjnych, wyjazdów zorganizowanych i wycieczek dla firm. Chce te miejsca również wypromować za granicą. To daje mi pole do popisu.
Postanawiam podejść do sprawy wyjątkowo profesjonalnie. To dla mnie życiowa szansa. Nie mam już szesnastu lat, żeby dać się onieśmielać. Będę z nim pracować przez następne sześć miesięcy, ale dam sobie radę. Jak nie ja to kto!

Strach jest częścią naszego życia, ale nie powinien być paraliżujący. Każdego dnia musimy wstawać z uśmiecham na ustach i cieszyć się na wyzwanie jakim jest kolejny dzień. Często jednak przez strach, rezygnujemy z wielu rzeczy. Odpuszczamy sobie. Stwierdzamy, że ryzyko jest zbyt duże.

Ale strach, powinien być naszym sprzymierzeńcem. Nie jest on oznaką ludzi słabych, bo tylko głupi się nie boją. To tylko żółta lampka ostrzegawcza, którą czasami po prostu trzeba zignorować.

Dla niektórych, strach jest paraliżujący. Boją się przede wszystkim odrzucenia. Boją się porażki. I słusznie. Bo te przytrafiają się każdemu. Jednak nie ryzykując, zawsze będziemy w swojej bezpiecznej strefie i nasze życie będzie nijakie.

Moim mottem już jakiś czas temu stało się powiedzenie które jest też tytułem książki Richarda Bransona, założyciela firmy Virgin - „Screw it, let’s do it!” co w przekładzie najlepiej przetłumaczyć - pieprzyć wszystko, zrobię to - jednak oficjalne tłumaczenie jego książki to „Zaryzykuj - zrób to”. Branson nazywany przez swoich znajomych i pracowników Doktorem Yes,  jest osobą, która mając przed oczami cel, dąży do niego, po kolei eliminując przeszkody. I choć teraz jest miliarderem, to droga do sukcesu nie była dla niego drogą usłaną różami. Na jego przykładzie widać, jak ważne jest otaczać się odpowiednimi osobami, które będą ci mówić „You can do it!!” jak mówili mu jego rodzice, i ludźmi, którym możesz zaufać bo wiesz, że dadzą radę cię zastąpić, a ty możesz w tym czasie latać balonem nad oceanem.

Otaczanie się odpowiednimi ludźmi ważne jest nie tylko w interesach ale i w spełnianiu marzeń i siebie. Jacek Walkiewicz, jak opowiada o swoim marzeniu - o Kamperze- mówi wyraźnie. Żeby nie jego żona, nigdy by tego marzenia nie spełnił. To ona pomogła mu zrobić ten ostatni i najważniejszy krok mówiąc  „Zrób to, bo to twoje marzenie a marzenia są po to by je realizować”.

Jacek Walkiewicz mówi też, by zmienić swoje życie, trzeba też zmienić język jakiego się używa.
Nie powinniśmy mówić UDAŁO SIĘ … tylko ZROBIŁAM TO. Bo w życiu ludziom nic się nigdy nie udaje. To, że ktoś odnosi sukces, to zasługa często wielu lat pracy, przemyśleń, starań.
A kiedy mówimy udało się, to tak jakbyśmy oddawali zasługę szczęściu, albo losowi.

Bądźmy dumni ze swoich sukcesów, tych małych i tych dużych.
Nie pozwólmy by strach nas paraliżował. By odbierał nam szansę na życie pełne przygód i wyzwań. By odbierał nam szansę na szczęście. Podejmujmy ryzyko. Inwestujmy w siebie i w przyszłość. Otaczajmy się ludźmi, którzy nas popchną do przodu, a nie ściągną do ziemi.

Często ci się wydaję, że jeszcze chwila a się rozsypiesz? Mam trzydzieści lat a czasami czuję się jakbym tylko udawała dorosłą. Taka zabawa w dom i życie na niby. Wewnątrz dalej coś we mnie nie dojrzało. Może właśnie dlatego ta zabawa mnie tak pochłonęła. Wzięłam na siebie zbyt wiele chcąc udowodnić, że tak, ja już jestem duża! Ja mogę wszystko już zrobić sama, nikt mi nie musi pomagać! Problem pojawia się gdy doba ma dalej dwadzieścia cztery godziny a ja mam zajęć na trzydzieści sześć. Rzeczywistość mnie przerasta. Chce dać z siebie wszystko, być najlepszą wersją siebie. W domu, w pracy, w życiu. Chce wszystkich uszczęśliwiać. Być idealną matką, przedsiębiorcą, córką, synową, kochanką, koleżanką. To tak jakbym próbowała przeskoczyć przez poprzeczkę, którą sama powiesiłam sobie wysoko nad głową. Ja naiwnie wierzę, że dam radę. Kombinuję, wymyślam, przekładam. Podstawiam sobie kartonowe pudła, wznoszę się wyżej i wyżej. Cała ta konstrukcja chwieje się już pod moim ciężarem, a do poprzeczki jeszcze daleko. Nawet jak dam radę ją kiedyś przeskoczyć, to czeka mnie upadek z wysokości. Kiedyś spadnę, ale jeszcze nie dziś. A może nie…

Z czego bierze się dążenie do perfekcji i branie na siebie więcej niż powinnyśmy? Niestety cały czas walczymy ze stereotypami i z tym jak zostałyśmy wychowane, z tym jaki obraz kobiety nam wpajano. A jak mówi Reshma Saujani, powinnyśmy uczuć nasze córki odwagi a nie perfekcji. Powinnyśmy przestać mówić naszym córkom-  Uważaj, Nie rób, Nie próbuj, Ostrożnie. Od synów oczekujemy więcej, a kiedy skaczą nie zastanawiamy się ile nabiją sobie siniaków i jak to będzie wyglądać do spódniczki, tylko jak daleko skoczą.
Bądźmy odważne!
Nie bójmy się ryzykować, i bądźmy dumne z siebie i z naszych osiągnięć. Nie umniejszajmy ich. Nie bagatelizujmy. Mówmy głośno i wyraźnie.

TAK, ZROBIĘ TO.

TAK, DAM RADĘ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz